Spoza Bażanowic

Oliwier Zagórski
klasa VII

Postanowiłem opisać szkołę, która znajduje się w  gminie Hażlach, w małej  wsi Rudnik. Szkoła ta istnieje od 146 lat, jako polska placówka od 102 lat.

Chodził do tej szkoły dziadek Leon, chodziła też babcia Otylia. Babcia wspomina szkołę bardzo miło. Zawsze uczęszczało tam mało dzieci, wszyscy byli ze sobą zżyci, a nauczyciele mieli dla każdego dużo czasu.

Babcia Tilka mówi też, że było zdecydowanie mniej nauki i w szkole się długo nie siedziało. Mama potwierdza opinię babci, bo również chodziła do tej szkoły. W klasie było ich ośmioro. Do dziś ma z wszystkimi kontakt.

Okazało się, że na temat szkoły  została napisana praca doktorska przez p. Gepfert, załączam fragment „Wielkiej historii małej szkoły”.

Trwało to tylko przez rok – gdy miałem 3 lata, to chodziłem do przedszkola. Często spędzałem czas u babci, bo rodzice pracowali. Wiadomo: nie za dużo pamiętam, bo byłem za mały, ale miło móc się pochwalić, że chodziło się do tego samego przedszkola, co dziadkowie i mama. 

Od 2001 roku szkołą zarządza Stowarzyszenie Na Rzecz Rozwoju Wsi Rudnik. Stowarzyszenie wraz z mieszkańcami prężnie działa, w Rudniku dużo się dzieje, a szkoła wygląda coraz piękniej…

 Mam kilka zdjęć z tego przedszkola. Miło czasem wrócić do tych wspomnień..

Zdjęcia ukazują jak zmieniała się szkoła w Rudniku.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Miłosz Wojtas
klasa VI

Mój dziadek chodził do szkoły podstawowej w Cieszynie na ul. Michejdy.

Uczniowie chodzili do szkoły nawet w soboty. Musieli nosić mundurki. Na wf-ie grali w dwa ognie. Nie było informatyki, ale było PO [przysposobienie obronne, na którym uczono się np. pierwszej pomocy].

Moja babcia chodziła do szkoły w Kostkowicach. Uczyli się tam j. rosyjskiego. Babcia pamięta słowo ypok [czyt. urok] – lekcja.

Natanael Klaisek
klasa V

Podczas mojej ostatniej wizyty u babci Danusi rozmawialiśmy trochę o czasach, gdy babcia była młoda i chodziła do szkoły w Goleszowie.

Edukacja w tamtych czasach była podobna,choć trochę różniła się od naszej. Nauka w szkole podstawowej też trwała 8 lat. Na szczęście ja nie muszę chodzić do szkoły w sobotę jak moja babcia. Podobnie jak dziś, w klasie były grzeczne dzieci i łobuzy lubiące psikusy. Babcia miała w szkole te same przedmioty co ja, ale zamiast języka angielskiego i niemieckiego uczyła się języka rosyjskiego.

Najbardziej lubiła muzykę i wf. Nie lubiła natomiast języka polskiego i matematyki. Gdy zapytałem babcię o zadania domowe, to stwierdziła, że było ich dużo.

W szkole nie było żadnych dodatkowych zajęć ani obiadów. Poza festynami nie było też żadnych innych imprez szkolnych. Podczas najdłuższej przerwy między lekcjami babcia z koleżankami grała w klasy.

Cieszę się, że w mojej szkole są dodatkowe zajęcia i nie ma lekcji w sobotę. Chciałbym uczyć się języka rosyjskiego jak babcia.

Sonia Trojan
klasa V

Moja babcia chodziła do szkoły podstawowej w Mięcinie, wysoko w górach Beskidu Sądeckiego. Do szkoły miała daleko: cztery kilometry skrótem. Chodziła w każdą pogodę, lecz gdy było 25 stopni mrozu, to zostawała w domu, a czasem nocowała u kuzynki, która mieszkała po drodze.

Moja babcia bardzo lubiła chodzić do szkoły, jej ulubionymi przedmiotami były geografia i historia. W jej szkole można było pracować w bibliotece, śpiewać w chórze oraz zapisać się do drużyny siatkówki. W pierwszej klasie obowiązkowe było liczydło i gorące mleko, a w innych klasach łyżka tranu i krótka gimnastyka przed lekcjami. Przerwy spędzało się na boisku. Zimą na wf chodziło się na lodowisko przy szkole.

W szkole mojej babci panowała dyscyplina, ponieważ nikt nie chciał stać w kącie, sprzątać ani klęczeć na grochu. Nie było wtedy takich kolorowych przyborów szkolnych, telefonów, komputerów ani kalkulatorów.

Oliwia Czarnecka
klasa V

Mój tata chodził do szkoły podstawowej w Wiśle. Przedmioty szkolne były takie same. Ulubione przedmioty szkolne taty to: informatyka, chemia, wychowanie fizyczne, muzyka, j. polski. Najciekawsze zajęcia były z chemii. Nauczycielka pokazywała interesujące doświadczenia chemiczne. Największa dyscyplina była na lekcji biologii, każdy z uczniów bał się, że zostanie przepytany, gdyż pani była bardzo ostra. Najfajniejsze lekcje były z muzyki, ponieważ pan bardzo ładnie śpiewał i grał na pianinie. Szkoła organizowała dużo fajnych wycieczek, między innymi wyjazd do Krakowa, zwiedzanie Wieliczki, zieloną szkołę w Kołobrzegu.

Szkoła organizowała również dyskoteki, na których działo się dużo ciekawych rzeczy. Tata nigdy nie zapomni, jak kolega wrzucił petardę do ubikacji. Z tego powodu zrobiła się afera na całą szkołę i pani dyrektor zarządziła apel. Innym razem, podczas Rajdu Samochodowego Wisły, uczennica ósmej klasy zadzwoniła z budki telefonicznej, że w szkole jest podłożona bomba. Cała szkoła została ewakuowana i w ten sposób dużo uczniów poszło na rajd czy do domu. Przyjechała straż pożarna i policja, której udało się ustalić, kto zadzwonił. Uczennica została surowo ukarana.

.

Paweł Beczała
klasa V

(…) Do szkoły miałem około półtora kilometra. Ponieważ mieszkałem w [Goleszowie] Kolonii, dlatego rzadko się zdarzało, abym szedł do szkoły sam. Wszyscy chodziliśmy do podstawówki na godzinę ósmą, w związku z tym zawsze szedłem z kimś (…), nierzadko całą bandą. (…) Moją wychowawczynią była p. Emilia Sztwiertnia, wśród gremium szkolnego uchodziła za nauczycielkę ostrą niczym brzytwa. Była wymagająca i nie pozwalała na żadne wybryki. W razie niesubordynacji potrafiła wziąć linijkę albo kij, kazała wyciągnąć rękę i konkretnie przyłożyła. (…)

(…) do chóru szkolnego należała większość uczniów starszych klas szkoły. Prowadził go wychowawca kl. 7, a potem dyrektor p. Karol Bruk. Był to nauczyciel, który cieszył się niesamowitym poważaniem i autorytetem. Nie przypominam sobie, aby kiedykolwiek podniósł głos, ale kiedy wyszedł ze swego gabinetu na korytarz, zalegała cisza. (…) Zresztą wszyscy nauczyciele cieszyli się (…) ogólnym poważaniem. Nie do pomyślenia była sytuacja, by uczeń poskarżył się rodzicom, że dostał po łapach od nauczyciela, bo w najlepszym przypadku skończyłoby się solidną reprymendą, a nierzadko solidną „wypłatą”. (…)

Oprócz chóru były też inne zajęcia pozalekcyjne. Wielką popularnością cieszył się SKS, na bazie którego powstała silna drużyna piłki ręcznej (szczypiorniaka), która odnosiła duże sukcesy w rozgrywkach międzyszkolnych. Podobnie powodziło się naszemu kółku szachowemu. (…)

Natomiast powszechną grą  (…) był cymbergaj. Efektem tego szaleństwa były niewielkie nacięcia na stolikach szkolnych (…), oznaczały bramki. (…)

Do szkoły wychodziliśmy, gdy rodzice byli już w pracy, więc sami musieliśmy się ubrać i spakować, wyjść na czas. Wspomnieć należy, że miałem dwie młodsze siostry, których też trzeba było dopilnować i wyprawić, najpierw do przedszkola, później do szkoły.

Uczniem byłem przeciętnym, bo rodzice nie bardzo mieli czas i możliwości, by pomagać nam w nauce, bo sami mieli ukończone ledwie szkoły podstawowe.

Po lekcjach chodziliśmy na stołówkę, a potem na (…) zajęcia świetlicowe, w czasie których odrabialiśmy zadane lekcje. O 15 wracaliśmy do domu, gdzie czekała już mama z obiadem. Często zdarzało się, że kończyliśmy go sami, bo rodzice poszli już na budowę. Mama naporęczyła, aby dzieci pozmywały garnki, ja gotowałem (…) dla świń. Często te czynności wykonywaliśmy dopiero jak widzieliśmy, że rodzice wracają do domu. (…)

 

 

Maksymilian Wojtas
klasa V

Mama mojej mamy, babcia Marysia,  uczęszczała do Szkoły Podstawowej w Kończycach Wielkich.

Szkoła w latach 60. różniła się od dzisiejszej. Uczniowie wykazywali się większą dyscypliną i szacunkiem do nauczycieli, a gdy ktoś był niegrzeczny, stał w kącie. Moja babcia opowiadała, że zawsze musiała być przygotowana z każdego przedmiotu i uczyła się dwie godziny dziennie.

Moja babcia nosiła granatowy mundurek z białym kołnierzem.

W ramach szkoły chodziło się na wykopki. W czasie pracy dostawało się bułkę i mleko, a po pracy uczniowie byli częstowani kolacją.

Przedmioty były podobne jak dziś. Nie było angielskiego, tylko rosyjski od klasy 5 i przysposobienie obronne.

Jakub Czarnecki
klasa IV

Moja prababcia Ewa ma 80 lat. Ukończyła szkołę podstawową, czyli 8 klas, w Wiśle Jaworniku.

Lekcje odbywały się od poniedziałku do soboty. Bardzo lubiła lekcje j. rosyjskiego. Zna kilka wierszy i piosenek w tym języku. W tamtych czasach nie było zajęć dodatkowych.

Dzieci chodziły do szkoły boso lub w kierpcach, nawet w zimie. Ubrania nosiły po starszym rodzeństwie, czasami podziurawione i połatane skrawkami różnych materiałów. Dzieci nie miały plecaków, książki nosiły w tzw. dzichcie. Był to skrawek starego materiału w kształcie kwadratu z doszytymi końcami, czyli sznurkami. W szkole nie mieli piórników, tylko kałamarz i pióro. Dyscyplina była bardzo surowa. Dzieci bito drewnianą linijką lub skakanką, a nawet smyczkiem od skrzypiec, więc żadne psikusy nie były im w głowie.

Po lekcjach, gdy byli bardzo głodni, podczas powrotu do domu chodzili na złodziejkę, np. na jabłka, gruszki, śliwki.

W tamtych czasach nie było mowy o chodzeniu na jakiekolwiek imprezy, dzieci zaraz po szkole wracały do domu i pomagały mamie w gospodarstwie.

Życie dzieci w tamtych czasach było trudne i ciężkie. Bez wygód i grymasów, ale prababcia mówi,  że wtedy żyło się lepiej, bo ludzie byli sobie życzliwsi.

Adrianna Paw
klasa IV

Mój dziadek chodził do szkoły w Wiśle Czarnem w latach 1945-1952.

W tamtych czasach używano jeszcze tabliczek i rysików. Klas było 7. Nauczyciele stosowali kary cielesne, np. bicie linijką po rękach albo ciągnięcie za uszy. Dziadek miał brzydki charakter pisma, dlatego czasem musiał zostać po lekcjach [pewnie, by przepisywać…].

W lecie do szkoły chodził na bosaka, a w zimie jeździł na nartach.

W tamtych czasach nie było jeszcze telewizorów i komputerów, ale czasem w szkole był wyświetlany film. Była to wielka frajda.

Kiedy dziadek był duży [dorosły], pracował w zakładzie, który przywoził materiały do budowy szkoły w Bażanowicach.

Radosław Kołybecki
klasa VII

Bardzo chciałbym opisać naszą szkołę im. P. Stamacha z dawnych czasów, ale, niestety, nie znam nikogo, kto do niej chodził. Poprosiłem więc rodziców, by opowiedzieli mi, jak to było, gdy oni chodzili do szkoły podstawowej.

Było to wprawdzie 30 lat temu, ale myślę, że uda nam się wspólnie odpowiedzieć na zadane pytania. Rodzice zgodnie stwierdzili, że to dla nich sentymentalna podróż i że ich wspomnienia z czasów szkolnych są miłe i ciekawe. Jednak porównując system edukacji i życie szkolne, to zaszło wiele znaczących zmian. Oto niektóre z nich…

W latach 70., gdy nasi dziadkowie chodzili do szkoły, przed rozpoczęciem lekcji, przynajmniej raz w tygodniu, odbywały się apele polityczne. Kiedyś normalną rzeczą był fakt, że uczniowie pomagali w  różnych pracach społecznych, np. w zbieraniu ziemniaków, sadzeniu drzewek, sprzątaniu liści oraz byli odpowiedzialni za utrzymanie porządku na terenie szkoły i wokół niej.

Uczniowie zazwyczaj chodzili pieszo do szkoły. Obowiązkowe było noszenie fartuszka (mundurek) z tarczą, na której widniał nr i nazwa szkoły. Dawniej skala ocen składała się z czterech stopni: najlepszą oceną była piątka, a najgorszą dwójka. Nie było jedynki i szóstki ani ocen opisowych. Przez długi czas obowiązkowym językiem obcym był j. rosyjski.

Obecnie szkoła zmniejsza ilość materiału do zapamiętania, gdyż dzieciaki mają teraz swobodny dostęp do internetu. Posiadają telefony komórkowe, smartfony, gdzie mogą znaleźć wiele potrzebnych informacji i zweryfikować wiadomości. Kiedyś nauczyciele i uczniowie korzystali z biblioteki szkolnej i dostępnych tam źródeł wiedzy, czyli encyklopedii, słowników i książek. Można tam było również oddać niepotrzebne podręczniki, ponieważ podstawa nauczania nie zmieniała się przez lata. Młodsze klasy mogły z tego korzystać. Obecnie z roku na rok zmieniają się podręczniki i aż przykro oddawać niekiedy nowiutkie książki na makulaturę.

Nauczyciele sprawdzali obecność oraz wstawiali oceny do zwykłego, papierowego dziennika lekcyjnego. Nie było e-dzienników czy laptopów. Nauczyciele pisali kredą po zielonej lub czarnej tablicy. Nie znano pojęcia ekran multimedialny.

Makijaż czy farbowane włosy były w szkole podstawowej niedozwolone. Wszystko po to, by uczeń wyglądał skromnie, schludnie i przyzwoicie.

W szkolnych czasach rodziców i dziadków stawiało się na zajęcia praktyczne. Na technice robili rzeczy, które można było później wykorzystać w domu, np. drabinki do kwiatów, karmniki dla ptaków, przyborniki na nici, haftowane chusteczki do nosa, czy po prostu nauka robienia kanapek. Taka fajna i przydatna umiejętność, i krok do bycia samodzielnym!

Większość szkół nie posiadała sal gimnastycznych, dlatego wf odbywał się na korytarzach. Z relacji rodziców wynika, że nauczyciele byli bardziej surowi i wymagający. Nieraz dyscyplinowali linijką po łapkach czy ciągnięciem za uszy. Niegrzeczni uczniowie stali często w kącie albo zostawali za karę po lekcjach.

Myślę, że od tamtych czasów wiele się zmieniło. Nie tylko program nauczania, nie tylko wyposażenie szkół, nie tylko ubiór, obyczaje szkolne czy regulamin, ale i podejście do ucznia i nauki. W każdych czasach jest coś, co warto byłoby wprowadzić oraz jakieś niedociągnięcia, które moglibyśmy poprawić.

Roksana Plinta
klasa IV

Moja babcia Danusia rozpoczynała naukę szkolną w 1973 roku. Uczęszczała do szkoły w Goleszowie przez 2 lata, później przeprowadziła się do Cisownicy i tam kontynuowała naukę. Szkoła była 7-klasowa. Ilość przedmiotów nie różniła się od obecnych. Istniała także świetlica i stołówka. Na świetlicy odrabiano lekcje i uczono się różnych przydatnych robótek ręcznych, np. szycia, szydełkowania, robiono też ozdoby świąteczne. Do nauki na lekcjach używano książek, tablic z kredą i drewnianych przyborów szkolnych. Wszystkie dzieci ubrane były w mundurki. Książki nosiło się w torbach, do których przyszywano paski na plecy. Do szkoły chodzono piechotą, niezależnie od pogody.

W drodze powrotnej babcia odbierała mleko od gospodarza. Ponieważ nie było internetu, telefonów i telewizorów, wszystkie zabawy opierały się na pomysłowości dzieci.

Babcia uczęszczała na chór i uczyła się tańców ludowych. Na wychowaniu fizycznym w zimie uczyła się jazdy na nartach i jeździła na sankach.

Przewiń do góry