Nagrodzone prace konkursowe

BARTEK MARZEC
klasa IV

Babcia Wiesia z domu Sojka chodziła do naszej szkoły w latach 1969-1976. Z powodu małej liczebności klasy szkołę podstawową ukończyła w Goleszowie w 1977 roku.

W związku z budową szkoły lekcje w kl. 1 odbywały się w OKZM (Ośrodek Kształcenia Zawodowego Mleczarzy, obecnie „Alpi”). W małej salce były stare ławki z kałamarzami, w których uczniowie maczali nasadki ze stalówką.

Do nowej szkoły babcia poszła jako drugoklasistka. Nie miała żadnych zeszytów ćwiczeń, kart pracy, kserówek. Były tylko zeszyty w linie, w kratkę oraz podręczniki. Do przechowywania przyborów szkolnych służył drewniany piórnik, w którym zmieściło się pióro, ołówek, gumka, długopis. Do strugania kredek używano temperówki z żyletką. Kto takiej nie posiadał, strugał kredki i ołówki nożem.

Podczas przerwy wszyscy uczniowie spacerowali w parach. Nie było żadnej gonitwy ani hałasów. Po dzwonku można było wejść do klasy, lecz w ciszy i w ławkach uczniowie czekali na przyjście nauczyciela.

Każda klasa miała przydzieloną swoją salę lekcyjną, w której odbywały się wszystkie lekcje. Na biurku nauczyciela leżała drewniana linijka. Kto był niegrzeczny, otrzymał solidnego klapsa po dłoni. Babcia kiedyś dostała, bo uderzyła kolegę. W domu nikt nie przyznawał się do szkolnej kary, bowiem dodatkowa kara była jeszcze od rodziców. A największą karą, jaką mogły dzieci dostać od rodziców, był zakaz wyjścia na pole!!!

Nie było dodatkowych zajęć po lekcjach, wyjazdów na konkursy międzyszkolne, do kina czy teatru. Ale jeździli na wycieczki.

Wiosną każda klasa od 4 do 8 miała przydzieloną grządkę – obok domu nauczyciela – na której uprawiali warzywa. Jesienią starsze klasy pomagały w zbieraniu ziemniaków. Za pomoc otrzymywali posiłek. Często podczas wykopków chłopcy rzucali w dziewczyny ziemniakami. Bywało, że na plecach wylądował zgniły kartofel… Wykopki trwały kilka dni w Państwowym Gospodarstwie Rolnym w Bażanowicach lub u indywidualnych rolników. Odbywały się w czasie lekcji.

Wszyscy uczniowie nosili fartuszki z białymi kołnierzami i tarczą.

Ponieważ w szkole był sklepik z artykułami szkolnymi, nie trzeba było jechać do miasta po zakupy.

Uczniowie brali udział w konkursach szkolnych. Językiem obcym był język rosyjski. Zajęcia praktyczno-techniczne prowadzone były pod kątem umiejętności praktycznych takich jak: szycie, gotowanie, drobne prace stolarskie. Zajęcia wychowania fizycznego odbywały się w terenie, na boisku obok OKZM lub w dzięgielowskim lesie (np. tor przeszkód). Nie było tak dużo sprzętu sportowego jak obecnie.

W zeszytach do j. polskiego obowiązkowo uczniowie pisali tylko piórem. Aby nie było kleksów w zeszycie uczniowie posiadali tzw. bibułkę.

Babci trudno określić, jakie przedmioty lubiła.

Babcia Wiesia miała stuprocentową kontrolę w szkole, gdyż uczyła tam jej mama, a moja prababcia Marysia. Prababcia uczyła muzyki, historii, geografii.

Babcia Wiesia bardzo mile wspomina młode lata i chwile związane ze szkołą w Bażanowicach.

TOMASZ HŁAWICZKA
klasa IV

Nazywam się Tomasz Hławiczka. Mieszkam w Bażanowicach i uczęszczam do tutejszej szkoły podstawowej. Jestem uczniem klasy czwartej.

11 października 2020 r. przeprowadziłem ciekawą rozmowę z moją babcią Urszulą Hławiczką z domu Czyż, która uczęszczała do szkoły w Bażanowicach w latach 1968-1976. Moim celem było zebranie informacji dotyczących funkcjonowania szkoły w latach dawniejszych. To, czego się dowiedziałem od babci, przedstawiam poniżej w formie krótkiego wywiadu.

Tomek: Jakie przedmioty najbardziej lubiłaś?

Babcia: Najbardziej lubiłam prace ręczne oraz muzykę.

T: Czy w szkole odbywały się jakieś zajęcia dodatkowe?

B: Tak, odbywały się. Dzieci uczęszczały na harcerstwo, kółko taneczne tańce folklorystyczne oraz chór.

T: W jaki sposób nauczyciele dyscyplinowali uczniów?

B: Uczniowie otrzymywali za zachowanie czerwone, bądź czarne serduszka, uwagi, nagany lub pochwały. Istniały także nagrody książkowe. Niegrzeczni uczniowie nieraz zostali pociągnięci za ucho lub za włosy. W tamtych czasach nawet nie skarżyli się rodzicom, bo wiedzieli, że zasłużyli sobie na karę.

T: Czym Twoja edukacja różniła się od obecnej?

B: W czasach mojej młodości edukacja znacznie różniła się od obecnej. Dzieci miały większy szacunek do nauczycieli, nie pyskowały i nie odważyły się przeszkadzać na lekcji. Nie było tylu pomocy edukacyjnych. W ogóle nie istniały komputery, mało kto miał encyklopedię, obowiązkowym językiem obcym był rosyjski, wiedzę czerpało się z książek i lekcji szkolnych. W szkole nie było świetlicy ani stołówki. Mamy uczniów najczęściej nie pracowały zawodowo, dlatego dzieci były zaraz po lekcjach odbierane do domu. Tam jadły obiad oraz odrabiały zadanie domowe.

T: Czy pamiętasz jakieś psikusy? Jakie szkolne imprezy odbywały się w tamtych czasach?

B: Niestety, nie pamiętam psikusów, chyba takie nie miały miejsca. Ze szkolnych imprez na pewno odbywały się bale szkolne, np. bal przebierańców dla młodszych klas. Starsi uczniowie natomiast bawili się na dyskotekach.

T: Czy masz jakieś zdjęcia z czasów szkolnych?

B: Tak, mam kilka pamiątkowych zdjęć. W czasach mojej młodości nie wykonywało się tylu zdjęć, co teraz.

Poniżej zdjęcia z albumu pp. Hławiczków.

JERZY SZARZEC
klasa IV

Historia mojej rodziny związana ze szkołą w Bażanowicach sięga roku 1986, kiedy mój tata Stasiek rozpoczął naukę w pierwszej klasie. Wychowawczynią taty była pani Jadwiga Kurek. Wszyscy uczniowie nosili wtedy mundurki z naszytą na rękawie tarczą z nazwą szkoły.

W klasie taty było akwarium, w którym uczniowie hodowali rybki. W obecnej sali komputerowej znajdowało się pomieszczenie na opał, bo szkoła była ogrzewana piecem węglowym, a nie gazowym tak jak teraz. Na drugim piętrze obok sekretariatu znajdował się sklepik szkolny, w którym można było kupić bułki. W miejscu dzisiejszej świetlicy była sala do prac technicznych. Wszyscy uczniowie przychodzili do szkoły piechotą i raczej nikt się nie spóźniał.

(…) Zdarzało się czasem, że (…) nauczyciele potrafili przywołać uczniów do porządku przy pomocy drewnianej linijki.

Tata nie powiedział mi, jaki przedmiot lubił najbardziej, ale wspomniał, że był tak „doskonałym” śpiewakiem, że obecna pani dyrektor Gaś, która wtedy tak jak teraz prowadziła lekcje muzyki, zwolniła go ze śpiewu. Wystarczyło, że słowa piosenki wyrecytował, bo jego śpiew podobno przypominał buczenie trzmiela w słoiku.

Tata bardzo miło wspomina czas spędzony w szkole podstawowej w Bażanowicach. Zawarte tam przyjaźnie przetrwały, a zeszyt z uwagami, które tata i jego klasowi koledzy otrzymywali, zachował się do dzisiaj. Pani Odjas [wychowawczyni od kl. 4] przyniosła go na spotkanie klasowe, które odbyło się w 25. rocznicę ukończenia ósmej klasy.

Tyle opowiedział mi tata. Teraz ja jestem uczniem tej szkoły i też będę miał  w przyszłości co wspominać.

Tarcza szkolna i zdjęcie – własność rodziny pp. Szarców.




JULIA RÓŻNICKA
klasa IV

Mam na imię Julia Różnicka, uczęszczam do Szkoły Podstawowej w Bażanowicach. Szkołę tę rozpoczęto budować w 1894 r. jako publiczną dla chłopców i dziewcząt. 1 marca 1895 r. rozpoczęto naukę w nowej szkole.

W 1965 r. nastąpiła reforma nauczania i utworzono klasy I-VII. Od roku 1967 działały klasy I-VIII. Wejście główne mieściło się od strony drogi Cieszyn-Ustroń. Do szkoły wchodziło się po 15 schodkach, których fundament można zobaczyć jeszcze dziś.

Do tej szkoły (która mieściła się w starej części – obecne przedszkole) chodził mój pradziadek Jan Martynek, moja babcia Krystyna Martynek oraz jej rodzeństwo: Józef, Janina i Stanisław.

Babcia Krysia poszła do I klasy w 1962 r. Jej klasa liczyła 14 osób: 6 chłopców i 8 dziewczynek. Szkoła posiadała 2 sale lekcyjne, toalety oraz bibliotekę, w której również prowadzono zajęcia. Zajęcia wf-u odbywały się na korytarzu lub jeśli była ładna pogoda na zewnątrz. W zimie dzieci zjeżdżały na sankach z Goruszki lub jeździły na łyżwach po zamarzniętej Bobrówce.

W szkole nie było bieżącej wody ani kanalizacji, a piece kaflowe, obsługiwane przez palacza, ogrzewały pomieszczenia w chłodne dni. Woda do mycia była pobierana ze studni i przelewana do misek,w których uczniowie w razie potrzeby mogli umyć ręce. Toalety były drewniane. Nie było stołówki ani kuchni. Sale wyposażone były w tablice i kredę, mapy oraz ławki. Dzieci w klasach od I do III korzystały z elementarza oraz ćwiczeń. Pisało się ołówkiem lub piórem maczanym w kałamarzu. Dziewczynki chodziły w fartuszkach, a chłopcy w bluzach obowiązkowo. Dzieci w szkole przechodziły przegląd zdrowotny oraz szczepienie obowiązkowe, które przeprowadzał lekarz z Goleszowa. Dostawały również tran, szklankę mleka oraz jabłka. Starsze dzieci jeździły pociągiem na wycieczki, na przykład do Zakopanego lub Szczyrku.

W szkole na święta był Mikołaj, choinka i drobne upominki. Sensacją był zakup przez dyr. Gawłowskiego czarno-białego telewizora, na którym dzieci mogły oglądać programy edukacyjne i filmy w ramach lekcji.

Dyr. Gawłowski bardzo starał się o jak najlepsze wyposażenie szkoły, przyczynił się do jej rozbudowy oraz mobilizował młodzież, by kontynuowała naukę w średniej szkole.

Były to ciężkie czasy, w domach była bieda, ale babcia Krysia i jej rówieśnicy lubili chodzić do szkoły.




KINGA CZUDEK
klasa V

Moje opowiadanie na temat rozpoczętych prac nad budową szkoły w Bażanowicach jest inspirowane opowieścią mojego pradziadka i babci.

Mój 86-letni pradziadek, Jan Sydorak, opowiedział mi tę historię ze łzami w oczach, gdyż powróciłam do jego młodych lat.

Gdy narodził się pomysł o rozbudowie szkoły, mój pradziadek miał wtedy około 33 lata (tyle, co moja mama teraz). Pradziadek powiedział mi, że na miejscu teraźniejszego przedszkola była szkoła i przedszkole. Na placu przedszkolnym stał ogromny dzwon, na którym dzwoniono, gdy ktoś zmarł lub odbywał się pogrzeb. Dyrektorem tamtej starej szkoły po raz pierwszy był pan Raszka. To on wpadł na pomysł, aby rozbudować szkołę i stworzyć lepsze warunki do nauki dla dzieci i młodzieży z Bażanowic.

Wymyślona i powołana została rada pośród chętnych rodziców uczniów. Został utworzony Komitet Budowy Szkoły. Jednym z członków komitetu był mój pradziadek Janek. Każdy z komitetu miał swój rejon i zbierali pieniądze od mieszkańców. Mieszkańcy Bażanowic byli hojni, a dziadek pamięta, że każdy obywatel naszej wsi podarował 2800 zł “starych pieniędzy (tak pradziadek mówił mi o pieniądzach, tłumacząc, że kiedyś to było bardzo dużo pieniędzy i były cenione, bo wiecznie ich brakowało). Zbiórka i budowa trwała około 3 lat i każdy, gdy tylko znalazł chwilkę po pracy i po codziennych obowiązkach (wypasanie krów, sadzenie luserki – najlepszej trawy dla bydła, karmienie świnek, dojenie) przychodził na plac budowy szkoły i pomagał. Jedni podawali pustaki, drudzy mieszali maltę, a trzeci pilnowali betoniarki.

Moja babcia Krysia, która ma 62 lata, pamięta mniej niż mój pradziadek. Opowiedziała mi, że jej dyrektorem był pan Gawłowski. Mieszkał najbliżej szkoły, mógł dopilnować porządku na terenie szkoły, oczywiście był nauczycielem. Klasy były liczniejsze niż teraz, ale z kolei nie było tak ładnie w szkole jak obecnie: brakowało firan, wszystkie klasy pomalowano tą samą farbą olejną, tylko wisiała na ścianie tablica z kredą i szmatką do ścierania, nosiło się mundurki granatowe ze sztucznego materiału z białym kołnierzykiem. Nauczyciel zawsze przychodził na lekcje z dziennikiem i kijem do pokazywania. Musiała być cisza w klasie i mówiło się do nauczyciela “pan i pani profesor”.

Pamiątek ze szkoły ani pradziadek, ani babcia nie posiadają, gdyż była bieda, a aparat fotograficzny był rarytasem. Jedyne zdjęcia, które widziałam, to są zdjęcia mojej mamy i jej braci. Mama mi opowiadała, że ta obecna szkoła nie różni się od tej obecnej pod względem wizualnym. Do języka polskiego miała elementarz, z którego dopiero poznawała literki. Z biblioteki wypożyczała książki o króliczku. Pamięta również nauczycieli, którzy ją uczyli: j.polskiego pani Hławiczka, matematyki pani Bolek, geografii pani Polok, religii pani Sojka, w-f pani Gawęda, historii pani Perchała, która była również dyrektorem tej szkoły.

Ulubionym przedmiotem mamy była muzyka, którą prowadziła nasza obecna pani dyrektor Dorota Gaś. Mama mówiła, że pani zawsze grała im na lekcji na pianinie, a lekcja muzyki była w sali, gdzie obecnie jest moja 5 klasa.

Cieszę się, że mogę chodzić do szkoły, którą budował mój pradziadek, gdzie moja babcia uczyła się i do której moja śp. prababcia prowadziła moją mamę (mama uciekała jej w stronę torów kolejowych, bo tęskniła za kotami, a prababcia chciała ją zaprowadzić do szkoły i iść do sklepu po zakupy).

Na zdjęciach życie szkolne i pradziadek Jan Sydorak – budowniczy szkoły.

KACPER GOLEC
klasa V

Szkoła podstawowa w Bażanowicach zaczęła powstawać w roku 1969. Okoliczni mieszkańcy w czynie społecznym przyszli z pomocą w jej budowaniu. Wierzyli, że szkoła będzie długo służyć w edukowaniu ich dzieci oraz wnuków. Z taką pomocą przyszedł również mój pradziadek, którego, niestety, nigdy nie miałem okazji poznać.

Jest to szkoła wielopokoleniowa, ponieważ chodziła tam moja babcia, mama, wujkowie, ciocie i teraz ja. Ze szkoły wyszło wielu mądrych uczniów, którzy w dzisiejszych czasach zajmują wysokie stanowiska.

Uczennicą owej szkoły była również moja babcia, która w roku 1971 rozpoczęła tam swoją edukację. Babcia bardzo miło wspomina ten czas. Według jej opowieści poniedziałek zawsze rozpoczynał się od apelu szkolnego, na którym wygłaszane były komunikaty, zarządzenia, a nawet składane życzenia urodzinowe. Podczas apelu dyrektor odczytywał nazwiska uczniów, którzy „podpadli” lub odnieśli jakiś sukces. Zdarzało się, że z szeregu występowali uczniowie przyłapani na paleniu papierosów. W takiej sytuacji do szkoły byli również wzywani rodzice. Każde przewinienie kończyło się karą.

Nauczyciele byli bardzo dobrze traktowani przez uczniów, uczniowie czuli respekt. Nikomu nie przyszło do głowy, żeby pyskować lub robić jakieś psikusy. Jeśli coś takiego miało miejsce, to od razu byli wzywani rodzice. Warto również wspomnieć, że w szkole obowiązywały mundurki: dziewczynki nosiły fartuchy niebieskie, natomiast chłopcy czarne. Do tego obowiązkowe białe kołnierzyki i tarcze szkolne.

Jednym z ulubionych przedmiotów były zajęcia wychowania technicznego, gdzie uczniowie uczyli się, jak cerować, robić na drutach, czy też posługiwać się młotkiem. Chłopcy uwielbiali grać w piłkę. Zajęcia wychowania fizycznego były mniej lubiane, ponieważ niektórzy uczniowie nie potrafili zrobić przewrotu w tył i skakać przez kozła. Na zajęciach wf wszyscy mieli jednakowe stroje do ćwiczeń. Kiedy zmieniała się aura za oknem, to wszyscy jeździli na sankach, robili bałwana, rzucali się śnieżkami (a w szczególności chłopcy lubili obrzucać śnieżnymi kulami dziewczynki, wrzucać im je za kurtkę).

W szkole działał sklepik, który cieszył się ogromną popularnością. Nie brakowało chętnych do zarządzania nim. W okresie zbliżających się świąt Bożego Narodzenia dzieci robiły drobne ciasteczka, np. ule, bomby, grzybki itp. Był to bardzo mile spędzony czas, ale zdarzało się, że chłopcy robili psikusy dziewczynkom i kilka ciasteczek latało po całej klasie☺ Obowiązkowo każdy uczeń musiał brać udział w pochodzie, który odbywał się zawsze w rocznicę 1 Maja.

Co jakiś czas w szkole przeprowadzano fluoryzację zębów. Dużą wagę przykładano do higieny. Nauczyciele sprawdzali czystość włosów, rąk i uszu. Dbano również o wychowanie i kulturę uczniów. Chłopcy pilnowali, aby zawsze w drzwiach przepuszczać dziewczynki. Cała klasa wstawała, kiedy ktoś dorosły wchodził do sali. Dużym szacunkiem darzono panią woźną, która zawsze wzbudzała pewien respekt wśród uczniów.

Podręczniki do szkół zmieniano bardzo rzadko, zazwyczaj uczyły się z nich dwa lub trzy pokolenia. Wielu uczniów miało takie same tornistry i piórniki. Szczytem marzeń w tamtych czasach było posiadanie kolorowych flamastrów bądź długopisów z kolorowymi wkładami. Dużą popularnością cieszyły się również pachnące gumki.

Babcia twierdzi, że jej szkolne lata były najpiękniejsze i zawsze będzie chętnie wracać do tych wspomnień. Szkolne znajomości, pierwsze miłości itp. Jednym słowem: SUPER !!!

Zdjęcia z rodzinnego archiwum.

ALEXANDER HERIBAN
klasa VI

Moja babcia Krysia chodziła do budynku starej szkoły, gdzie były tylko 2 klasy. Po skończeniu 5 klasy w starej szkole w Bażanowicach, musiała chodzić do klasy 6 i 7 do szkoły w Goleszowie.

Stara szkoła miała wejście naprzeciw naszego domu. Wchodziło się do korytarza i po lewej i prawej stronie były 2 pomieszczenia – dwie klasy. W szkole uczyli pan dyrektor Paweł Raszka i pani nauczycielka Józefa Wadowska.

Historia nowego budynku jest ciekawa, ponieważ gdy mieszkańcy Bażanowic chcieli wybudować nową szkołę, moja ciotka i wujek Gabrysiowie sprzedali działkę nad starą chatą mojego pradziadka, która leżała tuż obok starej szkoły, więc szkoła, do której chodzę, leży na dawnej ojcowiźnie mojego pradziadka. Pradziadek Gabryś pomagał ją budować w czynie społecznym, jak większość mieszkańców Bażanowic.

Moja mama Marzena chodziła do tej samej szkoły, co ja i ukończyła 8 klas.

Moja mama musiała nosić obowiązkowy mundurek i mieć przyszytą tarczę na rękawie. Brak tarczy (czasami mogła się urwać) powodował, że uczeń dostawał uwagę do dzienniczka. Uczniowie, którzy dostawali świadectwo z czerwonym paskiem, nosili dodatkowo naszywkę „Wzorowy Uczeń”.

Mama pamięta, że w pierwszej klasie raz w miesiącu musiała chodzić do szkoły w sobotę.

Przechowujemy nadal dzienniczki ucznia mojej mamy.

Mama pamięta, że niegrzecznych uczniów niektórzy nauczyciele karali, bijąc linijką po otwartej dłoni. Uczniowie na przerwach musieli chodzić po holu parami w kółko, żeby mieli trochę ruchu.

Moją babcię i mamę uczył języka polskiego ten sam nauczyciel – pan Paweł Stanieczek.

Moją mamę uczyła (i mnie również uczy) obecna pani dyrektor Dorota Gaś.

Zdjęcia i pamiątki rodziny Pani Marzeny Łybko.

ADAM PAPROTA
klasa VI

Jestem uczniem kl. 6 Szkoły Podstawowej im. Pawła Stalmacha w Bażanowicach. Cieszę się, że mogę uczęszczać do szkoły, która ma piękne i jasne klasy oraz wyposażona jest w różnego rodzaju sprzęt do nauki. Kiedy rozmawiałem z moją babcią, która uczęszczała do naszej szkoły w latach 1967-1975, to opowiadała, że swoją naukę rozpoczęła jeszcze w starym budynku, gdzie obecnie znajduje się przedszkole. W trakcie jej nauki rozpoczęła się budowa nowej pięknej szkoły.

Do nowej szkoły zaczęła uczęszczać w piątej klasie. Wspomina, jak dzieci w tamtym czasie cieszyły się, że będą miały coś nowego i pięknego. Uczniowie bardzo szanowali i dbali o swoją szkołę. O powstanie nowego budynku naszej placówki zabiegał pan dyrektor Józef Gawłowski. Był to człowiek, który umiał zdobyć zaufanie i przychylność społeczeństwa Bażanowic.

Rodzice i inni mieszkańcy wsi pracowali w czynie społecznym przy budowie szkoły. Został założony komitet budowy szkoły. Mój pradziadek i prapradziadek brali czynny udział przy budowie szkoły. Aby nazbierać jak najwięcej pieniędzy były organizowane festyny, na które mamy uczniów piekły ciasta, torty i robiły kanapki. Zebrane pieniądze były przekazywane na budowę szkoły.

Ulubionym przedmiotem mojej babci była historia, której uczył pan dyrektor Gawłowski, ponieważ przekazywał ją w bardzo barwny i ciekawy sposób. Do tej pory babcia bardzo lubi historię. Poza zajęciami lekcyjnymi babcia uczęszczała do chóru szkolnego, który prowadziła pani Maria Sojka i bardzo mile wspomina te zajęcia. Obecnie wraz z panią Marią uczęszczają do chóru kościelnego.

Z dodatkowych zajęć w szkole były również: SKS, kółka plastyczne i geograficzne. Według babci, w tamtych czasach młodzież była bardziej zdyscyplinowana i miała więcej szacunku dla innych. W szkole zdarzały się również psikusy, np. chłopcy łapali majowe chrabąszcze w „śmiatoki”, a zebrane w ten sposób robaki wrzucali dziewczętom do włosów. Dziewczęta wraz z paniami często się denerwowały tymi wybrykami, ale pan dyrektor uznawał je za nieszkodliwe i zabawne psikusy.

Najpiękniejszą imprezą szkolną, którą babcia wspomina, był noworoczny bal karnawałowy, na który każdy własnoręcznie musiał przygotować przebranie. Była wtedy przebrana za Wiosnę: miała strój uszyty z firanki przyozdobiony kolorowymi kwiatami z krepy, a na głowie miała wianek. Wspomina również Święto Pracy – 1 Maja – kiedy z pobliskiej mleczarni szkoła otrzymywała kefirki oraz lody Bambino, którymi częstowano uczniów.

Bardzo dziękuję wszystkim babciom, dziadkom i rodzicom za wybudowanie tego budynku, w którym do tej pory możemy się wszyscy spotykać, uczyć i wspólnie spędzać radosne chwile.



Zdjęcie ósmoklasistów z 1975 r.



BARTŁOMIEJ HARATYK
klasa VI

Szkoła Podstawowa im. Pawła Stalmacha w Bażanowicach przewija się w wspomnieniach mojej rodziny od pokolenia mojej babci.

Moi dziadkowie chodzili do szkół podstawowych poza naszym regionem – dziadek Edward do szkoły w Chmielniku (k1. 1-3) oraz do szkoły podstawowej w Kielcach, dziadek Józef chodził do szkoły w Istebnej. Babcia Ania chodziła do polsko-czeskiej szkoły podstawowej w Karwinej. Tylko moja babcia Stanisława uczęszczała do podstawówki w Bażanowicach, jednak ze względu na jej wiek, nie miała przyjemności uczenia się w aktualnym budynku szkoły obchodzącym swoje 50-lecie. Babcia Stasia uczyła się jeszcze w starym budynku szkoły.

Jednak już dzieci babci Stasi i dziadka Józka, czyli moja ciocia Bożena i mój tata, od pierwszej klasy uczęszczali do,,Stalmacha. Natomiast dzieci babci Ani i dziadka Edwarda rozpoczęły swoją edukację w szkole w Bażanowicach dopiero po tym, jak dziadkowie wybudowali dom w Bażanowicach i przeprowadzili się tutaj z Cieszyna. Moja mama miała wtedy dopiero dwa latka, więc kiedy osiągnęła wiek szkolny, to odwiedziła mury tej szkoły i spędziła tu następne osiem lat.

Jej brat Rysiek zaczął swoją edukację w tej szkole od klasy 6, a ponieważ był zapalonym sportowcem i uwielbiał wszelkie zajęcia sportowe, to kiedy zobaczył salę gimnastyczną w nowej szkole, to był – jakby to powiedzieć… – delikatnie zawiedziony.

Mimo to wujek był zadowolony z nowej szkoły, tyle że nie o budynek tu chodziło i nauczycieli, ale o pewną dziewczynę z klasy o rok starszej, która miała piękne, czarne włosy. Podobno wujek już wtedy wiedział, że to będzie jego żona. I tak też się stało. To moja kochana ciocia Basia.

Wujek mówił, że mimo że byli z ciocią w innych klasach, rocznikach, to sama nauka odbywała się w jednym pomieszczeniu. Nauczycielka pół lekcji uczyła klasę 6, a drugie pół lekcji – klasę 7. Dzięki temu wujek mógł bez przeszkód posyłać cioci liściki na małych karteczkach, czyli takie współczesne sms-y.

Moi rodzice też znali się już w podstawówce, jednak jeszcze wtedy nie czuli do siebie mięty. Hihihi Choć moja mama do dziś pamięta, jak tańczyła z tatą na szkolnej dyskotece.

Co ciekawe, drugi brat mojej mamy, wujek Janusz, też ożenił się z koleżanką z podstawówki. Rodzice i wujkowie zawarli tu wiele przyjaźni, które dotrwały do dnia dzisiejszego.

Wszyscy bardzo dobrze wspominają lata spędzone w tych murach i żyją nadzieją, że tak jak ich dzieci, tak ich wnukowie będą jeszcze biegać po schodach podstawówki w Bażanowicach i grać na nerwach bażanowickim nauczycielom😉

AMELIA PARCHAŃSKA
klasa VI

Szkoła podstawowa w Bażanowicach mieściła się w starym budynku zbudowanym w roku 1894. Do tej szkoły uczęszczały klasy starsze od 5 do 8, a młodsze od 1 do 4 uczyły się niedaleko szkoły w budynku należącym do mleczarni nazywanym „Belwederem”. Dyrektorem szkoły był Józef Gawłowski, a wychowawczynią mojej babci Józefa Wadowska, wspaniała nauczycielka i opiekunka.

Zajęcia w klasie odbywały się od godziny 8:00. Obowiązkowe były mundurki w kolorze granatowym z białym kołnierzykiem. Klasy były bardzo ciasne, wyposażone w drewniane ławki z przyłączonymi siedzeniami. Na środku każdej ławki był kałamarz z atramentem. W klasie na ścianie wisiała tablica, nad tablicą godło, w rogu była umywalka i nieduża szafa na pomoce.

Dzieci pisały piórem ze stalówką, co sprawiało wiele ciekawych historii, zwłaszcza w zeszycie – kleksy, plamy i granatowe palce. W czasie lekcji odbywały się ćwiczenia śródlekcyjne mające na celu rozluźnienia rąk i całego ciała – ćwiczenia wyprostne, skłony dla poprawy samopoczucia dzieci. W tym czasie wietrzono klasę.

Częste zajęcia z przyrody odbywały się w terenie, dzieci poznawały środowisko przyrodnicze, zbierały materiały przyrodnicze, czerpały radość z przebywania na świeżym powietrzu. Zajęcia z wychowania fizycznego odbywały się zazwyczaj w terenie, ponieważ nie było sali gimnastycznej. Latem biegi, gra w piłkę, zawody ze współzawodnictwem. Zimą natomiast dzieci jeździły na nartach, sankach, brały udział w zawodach narciarskich – biegi na czas w okolicach szkoły.

Szkoła organizowała wycieczki piesze, jak i wycieczki autokarem lub pociągiem. Wycieczki były jednodniowe, miały na celu zwiedzenie okolic, poznawanie nowych miejsc. Wspaniałą wycieczką była 3-dniowa wyprawa w klasie starszej na Babią Górę. Było to wielkie przeżycie dla dzieci, ponieważ nigdy na tak długo nie wyjeżdżały z domu.

Dzieci szanowały swoich nauczycieli, odnosiły się do nich kulturalnie. W klasach i na przerwach była cisza. Jeżeli ktoś bardzo zawinił, został ukarany. Karą było przepisywanie 100 razy do zeszytu jakiejś treści np. „Poprawię swoje zachowanie” itp., stanie w kącie oraz kara cielesna – plastikowym kijkiem po rękach, co zdarzało się bardzo rzadko.

Organizowane były również bale karnawałowe dla dzieci, połączone z występami artystycznymi – odbywało się to w gospodzie w Bażanowicach, w której była scena z kurtyną. W okresie września- października dzieci wychodziły na wykopki, czyli zbieranie ziemniaków oraz zbieranie jabłek w sadzie Państwowego Gospodarstwa Rolnego w Bażanowicach. Trwało to kilka dni.

Podczas gdy babcia uczyła się w starej szkole, zaczęła się budowa nowego budynku szkoły w czynie społecznym. Rodzice i dziadkowie przychodzili pomagać w pracach budowlanych. Otwarcie szkoły odbyło się w 1970 r. i nadano jej imię Pawła Stalmacha. Moja babcia od piątej klasy rozpoczęła naukę w nowej szkole, która była przestrzenna, jasna, znajdowała się tu wymarzona sala gimnastyczna i sala do prac technicznych. Klasy były wyposażone w nowe ławki, nie było już kałamarzy, przy ławkach stały krzesła. W klasach było dużo pomocy dydaktycznych poukładanych w szafkach. W sali muzycznej stało pianino.

W nowej szkole było wiele miejsca. Organizowano bale, przedstawienia, spotkania z rodzicami, była choinka. Dzieci chętnie uczestniczyły w różnego rodzaju przedstawieniach. Babcia bardzo miło wspomina okres szkolny, zarówno w starej szkole jak i w nowej. Zawiązały się w szkole przyjaźnie, które do dnia dzisiejszego są kontynuowane. Babcia nie może uwierzyć, że szkoła ma już 50 lat. Czas tak szybko leci!

Ciąg dalszy nastąpi wkrótce….

Przewiń do góry